szczury na raty

button stats bikestats.pl

19.5.08

Wpis stanikomaniakalno-depresyjno-obsesyjny

No bo się szalenie cieszę, że mam to tango II. Jest śliczne. Ma listeczki. Miluchne jak dla mnie w dotyku. Mięciutkie jak kaczuszka, kordełka i podufka. Mój Pierwszy Stanik W Nowym Rozmiarze. Warp cztery, piąta międzygwiezdna, Mr Data, take us from here, panache tango two.
A minusy. Buły podpachwowe. Miseczki wypełniłam ze szczętem i się teraz martwię, że zaraz będą za małe. Obwód albo źle se wymierzyłam, albo schudłam w międzyczasie, bo bez trudu mogę się zapiąć na środkowe haftki, więc zaraz wyrosnę!! I co ja wtedy pocznę, jezusie nazareński i prawdopodobnie jeszcze laboga.
I stanik jest ochlapus, gdyż pije. Niedużo. Pod pachami. Przy poluzowaniu obwodu mniej.

Ponadto, drogie moje czarownice, sabat jutro. W planach przerabianie Breble na wąpierzę, smakowanie kluseczek Miau i czczenie tanga.

18.5.08

Deszczowa niedziela

Niewiele się dzieje. Siedzę w domu, głównie przed kompem, palę więcej niż ustawa przewiduje, dyskutuję na forach, czytam e-booki (znów Agatha Christie - się okazało, że jednak wielu jeszcze nie znam, w tym nader znakomitych "10 małych Murzynków" - połknęłam jednym tchem i polecam, wiszą w moim chomiku), młócę w teenagenta i generalnie nie robię nic pożytecznego.
W czwartek była Miau z Borysem i torbą prania tudzież słodkościami i arbuzem. Ja tam Miau pralki nie żałuję, ale sytuacja, w której nie może korzystać z domowej pralki, bo ona teściowej (może Miau ją zeżre albo spsuje?) jest dla mnie kompletnie chora. Sytuacja zapierdalania z jednego końca Łodzi na drugi z praniem również.
Koleżanka od wyeskalowania konflikta się nie odzywa i nie składa wyjaśnień. Za to kilka innych odezwało się, że skoro jej nie będzie, to chętnie przyjdą. Miły głos wsparcia, ale - kurwa, jak w maglu!

16.5.08

Spektakularnie cieszę się. W gwiazdki.

Glitter Words
Glitter Words
Glitter Words

15.5.08

Przyspieszenie lekarskie

...przedłużone na po Bożym Ciele. Pani doktór zapodała kolejny antybiotyk. Póki co grzecznie zażywam, zobaczymy, z jakim skutkiem. Katar jest, kaszel jest, tylko gorączka jakby podała tyły.

Poza tym marazm i stagnacja. Oczywiście miło mi się siedzi w domu, całe dnie spędza przed kompem, już to na pogłębianiu stanikomanii (licytuję jeden panache tango II na allegro), już to na czytaniu (ostatnio seria "Kot, który..."), już to na oglądaniu filmów (wczoraj "Amelia" - bez fajerwerków, na dziś zaplanowałam "Pręgi"). Ale już bym gdzieś wylazła do ludzi. Czuję, że się zamykam, wrednieję i w ogóle dziwaczeję.

Z tych nudów wypożyczyłam od Huanna Ryjka i porobiłam trochę makro-zdjęć. Takie sobie. O takie.



Niby ładne, ale mam wrażenie, że czegoś tu brakuje.

13.5.08

Upór w operze

A raczej - jego brak w moim przypadku.
Jak wiadomo, użytkownicy internetu dzielą się, z bardzo grubsza, na trzy kategorie. Tych, którzy używają mozilli - firefox i zbliżonych jak seamonkey. Tych, którzy wolą operę. I całej reszty, która na pytanie "jaką masz przeglądarkę?" odpowiada "weź mnie nie obrażaj".
W tym miejscu przepraszam linuksowców i mekintoszowców, że ich nie wliczam do żadnej z kategorii, ale nie znam tych systemów, więc upycham ich w błąd statystyczny.
Niżej podpisana, jak powszechnie widać w panelu bloga po lewej (lewej? tak, lewej) stronie lubi mozillowego liska. Ma pod paskiem stanu wygodny pasek szybkiego dostępu. Ma zainstalowaną ładną, zieloną skórkę z kotami. Ma wgrane słowniki i przenigdy nie robi błędów ortograficznych. Ma, choć używanego nader z rzadka, fire ftp w razie by coś zassać z ftpa właśnie.
Zwolenniczki opery jak Keltoi czy Kotbert czy Breble odezwą się zaraz, że w operze mamy to samo. Ba, jeśli chodzi o spersonalizowanie wyglądu przeglądarki, mamy dużo więcej. No - sami zobaczcie, jakie cudowne centrum dowodzenia niczym się z niej robi, gdy wgramy temat startrekowy:



Zupełnie, moim zdaniem, przepiękny. A jednak...
Odpaliłam dziś operę, bo zamarudziła, że jakiś update czeka i dyszy na pobranie, więc pobrałam, zaktualizowałam. No śliczna jest. Ale gdzie ten cudowny addblock? Firefoxa, fakt, że na zasadzie nie-wiem-co-robię-więc-tu-sobie-kliknę skonfigurowałam tak, że nie wyświetlają mi się praktycznie żadne reklamy. Żadne. A przy kilkuminutowym użyciu opery rzuciły się na mnie ze cztery pop-upy. Oczywiście kliknęłam opcję "zablokuj zawartość" i zadziałało, ale w ff nie muszę w ogóle tego klika wykonywać.
O tym, że niesubordynowany ruch myszką powoduje, że opera sobie to interpretuje jako jakieś polecenie, a wynik tej interpretacji powoduje rzuceniu w jej kierunku wiąchy kwiatów polskich nie warto już wspominać.

Raport o stanie służby mojego zdrowia: wyżarłam wczoraj do końca augmentin. Teoretycznie powinnam radośnie ogłosić się zdrową, lecz katar. I stan zmierzający do podgorączkowego. Wróciłam póki co do aspiryny C zmieszanej z sokiem lipowo-malinowym: terapia wirusowego zapalenia górnych dróg oddechowych na zasadzie "wypocić skurwysyna" i mam nadzieję do jutra się wylizać - no taka piękna pogoda, a ja w chałupie.

Poza tym rozpieprzył mi się jeden z dwóch moich ulubionych kapci i klejenie nic nie daje, więc na razie obwiązałam go gumką recepturką. Mam również nie bez histerii ducha walczącego z materią pod postacią dorocznego wylęgu latających mrów, które gdzieś w szparach od podłogi, niezależnie od stanu czystości, się lęgną i aktywizują wieczorami w kierunku okołomonitorowym. Narzędzia walki: wyżej wspomniane święte kapcie oraz raid, co zabija na śmierć.

11.5.08

Wyeskalowałam konflikta na n-k!

Licealni zbierają się znów, bo część osób nieobecnych na poprzednim spotkaniu nagle się odmeldowała. Bez większego powera, ale jakoś tam rozrzucam wici po tych, do których mam kontakt, no bo niech przynajmniej wiedzą, a może znów przyjdą.
Tutaj dodam, że po poprzednim pozostał jednakowoż jakiś niesmak, gdyż panowie nieco za często zaglądali do baru i choć z tym czy owym chętnie bym pogadała, tak po prostu, nawet bez tej standardowej przepytywanki "jak się w życiu ułożyło", to nie było po temu okazji. Dziwiło mnie to o tyle, że z tego, co wiedziałam, byli w kontakcie, więc ubzdryngolenie się nie było czczeniem spotkania po latach, tylko konwencjonalnym polskim "trza się napić".
Takoż i koleżanka J.Z., po której widać było, że jeszcze trochę, a uskuteczni rozbierany taniec na stole. No ale że zawsze była z niej postać radośnie wariacka, generalnie spuszczam zasłonę miłosierdzia.
I otóż owa koleżanka na naszo-klasowym forum odezwała się w te słowa, że na spotkanie się nie wybiera, bo ja tam będę. Sic. Dała uśmieszka, więc uznałam, że dziewczynie po prostu żarcik nie wyszedł. Się zdarza. Chociaż raczej nie mnie. Nie wobec osób, które wszelako znam mało i nie wiem, czy sobie mogę pozwolić. Tymczasem nie, dziewczę właśnie odparowało, że napisało, co myśli.
No cóż, myślenie ma sporą przyszłość.
Generalnie sprawa do olania ciepłym strumieniem bezświadomości, ale zafrapowało mnie i będę temat drążyć.

Ponadto. Z okazji choroby, zielonych świątek i ładnej pogody w niedzielę zorganizowałam kameralnego grilla. Kameralny, bo na jego pomysł wpadłyśmy z Miau wczoraj o jakiejś mocno już abderyckiej porze. Przyszli Miau z Borysem i Maciejem oraz H8red, potem, już po grillu i po wyjściu Miauów nadciągnęła Kotbert. Się pojadło, panowie, zwłaszcza Maciej, przepięknie pilnowali jadła, marynatki Miau do miąs okazały się znakomite, a ja zapodałam pozyskanego jakiś czas temu od Wery dipa, który okazał się świetną alternatywą dla ketchupu i musztardy, bo był kwaśny, pikantny i papryczano-pomidorowy.



Grill był szybkościowy, bo z północy przywiało wielkie chmursko, które zaczęło się na nas obficie skraplać i trzeba było ratować dobytek i nieść dobra wszelakie do wnętrza komnat mojej wieży. Borys po nakarmieniu smoków drzewnych tudzież smoczej kijanki opadł z sił i stał się - jak na niego, oczywiście - ciut marudny, więc Miauowie stosunkowo szybko się zwinęli. Mnie jeszcze przyszło porządnie poplotkować z Kotbert (H8 w chwilę po jej przybyciu opuścił nasze czarujące towarzystwo).

H. wrócił z objeżdżania Tater rowerem, z porannego telefonu wnioskuję, że bardzo zadowolony, choć meridka mu tuż przed wyjazdem solidnie nadokuczała. Ponieważ KotRedy zwiozły wreszcie swoje welocypedy, myślę, że warto pomyśleć o jakiejś wyciece z ich udziałem. Poknujemy. Może wreszcie będzie okazja do szalenie dawno nie odbywanego szprotkania.

Stanikomania trwa. Aktualnie jestem na etapie Oczekiwania Na Pierwszy Dopasowany Biustonosz (zamówiłam jakiś prościutki w melissie) i dojrzewania do zakupów w sklepach zagranicznych - złożyłam nawet wniosek o e-kartę w mBanku.

8.5.08

Moja bieliźniarska tożsamość runęła w gruzach

Umiłowana żona Keltoi uświadomiła mi istnienie świata, w którym miękki stanik leży dobrze, podnosi biust i o niego dba. Popatrzyłam po tabelkach, pomierzyłam się i złapałam za głowę. A potem za jedyny stanik, który w miarę najbliżej odpowiadał rozmiarowi wypadłemu w wyliczeniach pognać do mamy, by mi ścieśniła w nim obwód.
A teraz grzebię w sklepach internetowych, mając świadomość, że tego, co mi wyszło z wyliczeń w normalnym sklepie nie kupię i załamuję się cenami.
...A byłam taka szczęśliwa... :P